Coś niedobrego się dzieje, jeszcze nie umiem tego zdefiniować ale dzieje się i powoli wyłania na światło dzienne, muszę odpocząć, odreagować, muszę wyjść bo zwariuję a jestem już blisko krawędzi. Wszystko mnie irytuje, złości zaczyna krzyczeć, rozstawić po kontach, nic mi się nie chce a jednocześnie przytacza mnie nadmiar obowiązków. Dzieci swymi prośbami, krzykiem i namolnościom powodują skoki ciśnienia, wgnieciona w dywan kanapka powoduje płacz a rozlany sok przepełnia kroplę goryczy, muszę wyjść z domu odetchnąć bo zwariuję o ile juz nie zafiksowałam, coraz częściej dopada mnie niemoc ale to niemoc totalna. Już nie tłumacze kiedy młody po raz kolejny dobiera się do drukarki by sprawdzić co kryje się we wnętrzu, juz nie tłumacze, biorę za fraki i wynoszę z pokoju, juz nie przykucam i nie tłumacze, że tak nie wolno, nie wiem co się dzieje ale dzieje się źle i muszę coś zmienić bo inaczej całkiem się zagubię a nie wyjdzie to na korzyść nikomu.
Nie mam już siły tłumaczyć, prosic w końcu błagać, chyba poniosłam klęskę wychowawczą, Moje dzieci się piora, nie biją tylko piorą i na nic tłumaczenia, że mama nie bije więc i ty nie bij na nic prośby i groźby a i kary nic nie dają i nie jest tak, że one tak wzajemnie się leją jest to spisek zorganizowany między Anią i Krzysiem a ofiarą jest Maciuś i żal mi ego mojego dziecka bardzo i łzy mi się cisną do oczu jak widzę co to moje wstrętne dziewuszysko wyczynia, jak krzywdzi swego brata i jeszcze młodego do tego namawia i nie wiem już jak jej tłumaczyć, czy mam jej wlac by w końcu zrozumiała, że tak nie wolno. A ona perfidnie z dziką satysfakcją zadaje ból fizyczny i psychiczny. tak psychiczny swemu bratu. Potrafi podejść do niego i powiedzieć, że ’ ciebie nikt nie kocha" wie, że Maciuś zaraz zacznie płakać a jej to sprawia satysfakcję ale skąd w niej tyle podłości i zawiści czy wręcz wrogości. Wydawało mi się, że uczymy nasze dzieci miłości i wzajemnego szacunku, jednak to co ostatnio wyprawia Ania mnie przeraża i nie potrafię tego zwalczyć. Były rozmowy, obietnice prośby i groźby były kary i wszystko na nic. Jest przepraszam, nie będę i robi dalej to samo a jak tłumaczę to głowa zwieszona i oczy w podłogę.
A mi już sił brak, zaczynam się poddawać i ta bezsilność wobec jej poczynań mnie przeraża, bo kto mi tak dziecko odmienił, gdzie popełniłam błąd,gdzie tkwi przyczyna jej zachowania. Zastanawiam się nad tym, może to brak taty na co dzień, może moja niekonsekwencja w karaniu jej, nie wiem, wiem, że zaczynam się poddawać i czuję podskórnie, że jak czegoś nie zrobię to przegram...
