niedziela, 30 maja 2010
Nie zawsze jest wesoło...
Coś niedobrego się dzieje, jeszcze nie umiem tego zdefiniować ale dzieje się i powoli wyłania na światło dzienne, muszę odpocząć, odreagować, muszę wyjść bo zwariuję a jestem już blisko krawędzi. Wszystko mnie irytuje, złości zaczyna krzyczeć, rozstawić po kontach, nic mi się nie chce a jednocześnie przytacza mnie nadmiar obowiązków. Dzieci swymi prośbami, krzykiem i namolnościom powodują skoki ciśnienia, wgnieciona w dywan kanapka powoduje płacz a rozlany sok przepełnia kroplę goryczy, muszę wyjść z domu odetchnąć bo zwariuję o ile juz nie zafiksowałam, coraz częściej dopada mnie niemoc ale to niemoc totalna. Już nie tłumacze kiedy młody po raz kolejny dobiera się do drukarki by sprawdzić co kryje się we wnętrzu, juz nie tłumacze, biorę za fraki i wynoszę z pokoju, juz nie przykucam i nie tłumacze, że tak nie wolno, nie wiem co się dzieje ale dzieje się źle i muszę coś zmienić bo inaczej całkiem się zagubię a nie wyjdzie to na korzyść nikomu.
Nie mam już siły tłumaczyć, prosic w końcu błagać, chyba poniosłam klęskę wychowawczą, Moje dzieci się piora, nie biją tylko piorą i na nic tłumaczenia, że mama nie bije więc i ty nie bij na nic prośby i groźby a i kary nic nie dają i nie jest tak, że one tak wzajemnie się leją jest to spisek zorganizowany między Anią i Krzysiem a ofiarą jest Maciuś i żal mi ego mojego dziecka bardzo i łzy mi się cisną do oczu jak widzę co to moje wstrętne dziewuszysko wyczynia, jak krzywdzi swego brata i jeszcze młodego do tego namawia i nie wiem już jak jej tłumaczyć, czy mam jej wlac by w końcu zrozumiała, że tak nie wolno. A ona perfidnie z dziką satysfakcją zadaje ból fizyczny i psychiczny. tak psychiczny swemu bratu. Potrafi podejść do niego i powiedzieć, że ’ ciebie nikt nie kocha" wie, że Maciuś zaraz zacznie płakać a jej to sprawia satysfakcję ale skąd w niej tyle podłości i zawiści czy wręcz wrogości. Wydawało mi się, że uczymy nasze dzieci miłości i wzajemnego szacunku, jednak to co ostatnio wyprawia Ania mnie przeraża i nie potrafię tego zwalczyć. Były rozmowy, obietnice prośby i groźby były kary i wszystko na nic. Jest przepraszam, nie będę i robi dalej to samo a jak tłumaczę to głowa zwieszona i oczy w podłogę.
A mi już sił brak, zaczynam się poddawać i ta bezsilność wobec jej poczynań mnie przeraża, bo kto mi tak dziecko odmienił, gdzie popełniłam błąd,gdzie tkwi przyczyna jej zachowania. Zastanawiam się nad tym, może to brak taty na co dzień, może moja niekonsekwencja w karaniu jej, nie wiem, wiem, że zaczynam się poddawać i czuję podskórnie, że jak czegoś nie zrobię to przegram...
piątek, 12 marca 2010
Daj mordy...
No tak mi dziś potomek najmłodszy powiedział. Rozmawialiśmy z karmicielem rodziny gdy wpadł najmłodszy członek naszego klanu wdrapał się matce na kolana, złapał za głowę, obrócił w swoją stronę i patrząc prosto w oczy powiedział "Daj mordy mamo!" po czym wycisnął na policzku matki siarczysty pocałunek obrócił się na piecie i tyle go widziałam.
O tym co zatruwa miłość
a potrafi zatruć, namieszać, zamącić człowiekowi w głowie. Tak tez się stało w naszym przypadku, jedno słowo nieżyczliwej osoby starczyło by zasiać ziarenko niepewności które kiełkuje i rośnie w zastraszającym tempie. Zazdrość jest straszna ale jak można zazdrościć szczęścia drugiej osobie, jak można być takim zawistnym, no jak? Wystarczyło tylko słowo "widziałam go z inną....." by w głowie zapaliła się lampka, by myśli zaczęły pędzić jak szalone.....
Ile w tym prawdy? pewnie nie wiele ale ziarenko zostało zasiane i teraz każdy gest, każde dziwne zachowanie będzie brane za przejaw zdrady. czy sobie z tym poradzę? Nie wiem jak to będzie, nie wiem, na razie nic nie zrobię, będę obserwować, myśleć, zastanawiać bo już mi kiełkuje w głowie ta myśl co się stanie, co będzie.....
czwartek, 11 marca 2010
Siusiumajtek.....
Tak syn matce swej wczoraj dogadał....
że matka się nogami nakryła, ma gadanę syn mój oj ma a jak czasem matce dogada to nie wiem czy mam się zapaść ze wstydu pod ziemię czy posikać ze śmiechu. Syn mój przy wczorajszej wieczornej toalecie wdał się ze mną w dyskusje na temat wyższości pampersów nad kibelkiem, bo choć uparcie walczymy dziecko robi matce na przekór i zasikuje skutecznie wszystkie majtki i rajtuzy nic nie robiąc sobie z matki i jej dywagacji. Zasikane podłogi, dywany, zasikany świat. Matka tłumaczy, że taki duży chłopiec musi siusiać do kibelka a potomek uparcie twierdzi, że on woli sikać w pampersy i żeby mu założyć bo on i tak nasika w majtki i matka prac będzie musiała, a mówi to z grymasem zadowolenia na twarzy jakby wojnę jakąś wygrał, no i jak na razie wygrywa bo matka jak już ma dość zmywania zasikanych podłóg, szorowania dywanów i łóżek to zakłada mu tego pampersa co by dziecko z gołą dupą nie latało jak już nawet suchych majtek w domu nie ma. Wiem porażka moja gigantyczna, dwulatek matkę przechytrzył i robi z nią co chce a matka tańczy jak jej syn zagra. No więc tłumaczy maka podczas owej wieczornej toalety po raz milionowy już by syn siku wołał i do kibelka tudzież nocnika siku robił i nie moczył juz majtek. Syn myśli dość intensywnie i długo i już matka ma nadzieję, że zrozumiał i wreszcie coś do łepetynki dotarło gdy z ust syna potokiem, nie lawiną wylewają się pełne zdania które matkę do parteru sprowadziły. Dokładnie oddać ich treści nie mogę bo nie dało się spamiętać tego słowotoku ale było to mniej więcej tak:
Ty się mama nie znasz, po to są pampersy żeby w nie sikać to po co ja mam sikać do kibelka jak sikam do pampersów i jak ja lubię sikać do pampersów i przecież masz pampersy to przeciezż mi załóż i będę sobie do nich sikał i przecież...........................
Jest to tylko ułamek tego co wylało się ze słodkich usteczek mojego kochanego potworka siusiumajtka.
niedziela, 7 marca 2010
Wszystkie oblicza nasze...
Się dziś wysiedzieliśmy w kościele za wszystkie czasy, ano biskup nas odwiedził a w związku z tym wiadomo orkiestra, świece, procesje i msza z godzinnej zmieniła się w 150 minutowe kazanie i wychwalanie pod niebiosa naszego biskupa. Wiem pewnie narażę się na lincz albo inne jakieś szykany ale nie rozumiem tego blichtru i całej szopki jaka miała dziś miejsce. Jak nigdy kościół pełen wiernych tych co to widać co niedzielę ale i takich co to raz w roku są, śpiewy, organy, orkiestra eh było tego aż za dużo. Orkiestra bębniła tak, że nie było słuchać śpiewu i organów a dzieci były przerażone hałasem, no ale co się nie robi dla poklasku? Bo po cóż innego byla cala ta szopka? Wydaje mi się, że Bogu całe to przedstawienie do niczego nie potrzebne a i biskup wyglądał na zmęczonego całym tym zamieszaniem. Nie wiem może ktoś się ze mną nie zgodzić ale mi osobiście cały ten cyrk się nie podobał a wręcz byłam zażenowana tym jak nasi księża się zachowują, był to podliz w najczystszej postaci i nic innego, bo wierni ci którzy chodzą do kościoła co niedzielę i tak chodzić będą a ci co chodzą od święta to przyszli sobie widowisko pooglądać a nie na spotkanie z Bogiem, takie jest moje skromne zdanie. Nic to taka już chyba nasza mentalność!
wtorek, 2 marca 2010
Powiew wiosny
Godzina 6 rano, księżyc w pełni pięknie świeci na niebie choć już jasno promienieje swym urokiem rozsyłając jakiś magiczny przekaz. Ptaszki ćwierkają słodko na gałęziach pobliskich drzewach, wieje wiatr i niesie ze sobą posmak wiosny. Matka jak zwykle o tej godzinie stoi na balkonie by sprawdzić jaka jest pogoda i jak odziać swe pociechy. Czyżby zawitała do nas wiosna? Ta upragniona, wyczekiwana, wytęskniona wiosna..... Ach jak my już za nią tęsknimy, dość mamy śniegu, mrozu, zimna. Oby już na stałe zawitała i nie dała się zimie.

I u nas powoli wyłaniają się delikatne główki bielutkie jak śnieg otoczone upragnioną zielenią cieniutkich listków. Eh wiosna zawsze nastraja pozytywnie! I nawet widok brudnego śniegu, kałuż i wszędzie panującej szarości nie jest w stanie popsuć u mnie radosnego nastroju oczekiwania na ten wybuch zieleni budzącej się do życia, czekam z radością na te paki na drzewach, pierwsze kolory wiosny w postaci maleńkich krokusów........... Tymczasem idę przez to szare miasto odebrać potomstwo z przedszkola otoczonego jeszcze szarymi drzewami, które lada moment obiorą kolor soczystej zieleni.
niedziela, 28 lutego 2010
Sobotnie zakupy
Temat niby błachy bo w końcu zakupy to jedna z fajniejszych rozrywek, nawet takie w supermarkecie frajda wielka zwłaszcza jak się zabiera na te zakupy swoją pięcioletnią latorośl. Ano wybrała się matka w sobotę z córką na zakupy do jednego z tych cudów XX wieku gdzie wszystko jest w jednym miejscu, towary kuszą wyglądem, z głośników wydobywa się przyjemna muzyczka a do nosa docierają smakowite zapachy. Nie matka nie jest zakupoholiczką ale i owszem zakupy lubi robić i jak ma okazję ale i potrzebę to się na owe wybiera. Jednakże tego dnia wszystko było nie tak, no ale matka się zaparła i nawet jej nie przerażało jechać autobusem do marketu, nie przerażało do momentu gdy dziecko jej zaczęło pakować do wózka co popadnie uświadamiając matkę że nie ma w domu proszku, płynu do płukania, do mycia naczyń, mleka i wszystkiego co sporo waży...... Nic to matka stwierdziła, że ewentualnie można taksówką wrócić do domu i pod nosem klęła na auto stojące pod domem. Zakupy zrobione, portfel lżejszy o 3 stówki, dziecko tarmoszące w ręce smakołyki i inne pierdołki, można więc wracać do domu. Pierwszy szok to czas oczekiwania na taksówkę, przyjechała a jakże ale po 30 minutach więc stała matka obładowana jak wielbłąd z dzieckiem skaczącym wkoło i co rusz wołającym mama patrz!!! Potem już pod domem matka obładowana zakupami usiłowała znaleźć klucze w torebce i tak niefortunnie stanęła, że noga odjechała i runęła jak długa wprost do Błotno-śniegowej kałuży, żeby było ciekawiej na płaszczu matki wylądowały rozgniecione deserki mleczne i jajka. Szlak matki mało nie trafił bo w dodatku obcas w bucie się złamał, eh zastanowi się matka następnym razem nim zdecyduje się na zakupy+autobus+córka zakupoholiczka, zastanowi się matka poważnie oj zastanowi!!!
Być jak supermenka....................
Mamo, mamo dobiega z niekreślonego bliżej miejsca w domu, znając zapędy latorośli matka dalej spokojnie szykuje obiad gdy nagle słyszy przeraźliwy krzyk. Rzuca więc matka czym prędzej warzywa i pędzi do pokoju latorośli zobaczyć co to też się stało i jej oczom ukazuje się widok przerażający. Średni potomek siedzi na podłodze i zanosi się straszliwym płaczem a z ust i głowy płynie potok krwi..... Pędem matka bierze dziecko do kuchni, sadza na blat i bierze się za oględziny. Guz na głowie rozmiaru pomarańczy z którego sączy się krew, rozcięta warga. Na szczęście rozcięcie niewielkie a krew z wargi szybko przestała płynąć. Po wypadku pozostał ślad w postaci olbrzymiego guza wielkości pomarańczy i wyrzuty sumienia u matki, że nie zareagowała natychmiast jak dziecko zawołało i nie poszła sprawdzić co się dzieje. Może zapobiegła by matka zapędom córki i nie pozwoliła by z całej siły pchnęła brata wprost na blat biurka i może potomek nie zaryłby centralnie głową w kant owego blatu. Pluje sobie matka w brodę i pewnie jeszcze długo będzie sobie w ta brodę pluć....
Nie jestem supermenekom i nie staram się otaczać moich dzieci opieką na wszystkie możliwe sposoby, dbam o ich bezpieczeństwo ale staram się aby były samodzielne i potrafiły się choć chwilę bawić bez obecności mamy. Dziś jednak ta ich zabawa zakończyła się niefortunnie i mam nadzieję, że więcej takich incydentów nie będzie.
sobota, 27 lutego 2010
Strachy na lachy
Mamo, mamo chodź tu szybko!!!
Dobiega z pokoju najmłodszej latorośli wołanie pełne strachu, porzuca więc matka czynność wykonywaną i leci zobaczyć co tez takiego się stało, że syn ja przyzywa. Wpada matka do pokoju i zastaje widok iście komiczny syn jej siedzi okrakiem na samochodzie i jeździ w tył i w przód z miną mordercy. Pyta więc matka swą latorośl co robi i po co matkę wołał i co słyszy...
Zabiłem ją zabiłem!!!
Woła młody z zacięta miną i triumfem w oczach.
No ale kogo zabiłeś i dlaczego?
Zabiłem muchę mamusiu i już mnie nie ugryzie, o zobacz tu leży
I odjeżdża swoim samochodem by matka mogła zobaczyć maleńkie ścierwo muchy sponiewierane kołami auta.
Ale dlaczego zabiłeś tą muchę?
Bo by mnie ugryzła bo muchy gryzą przeciezż
Odpowiada rezolutnie dziecko
No przecież nie gryzą, muchy nie gryzą synku
Ty się mama nie znasz gryzą i robią ałaaaaa........
No chyba że tak.
piątek, 26 lutego 2010
Zasrane miasto
W dosłownym tego słowa znaczeniu, zasrane przez duże z... gdzie człowiek nie spojrzy wszędzie leżą psie kupy tak, że nawet spokojnie nie można przejść przez ulicę a trzeba lawirować między walającymi się na chodnikach, trawnikach odchodach. szlak mnie trafia jak to widzę, bo jak tu wyjść z dzieckiem na spacer, jak spokojnie iść kiedy wkoło wszędzie gdzie się nie spojrzy walają się kupska. Duże, mniejsze, bardziej lub mniej zaschłe wyłoniły się spod topniejącego śniegu i zalegają każdą wolną przestrzeń. A ich właściciele często damulki w bucikach na 15 cm obcasie krzywo wykręcają gęby w druga stronę jakby nie pamiętając, że to ich pupil tak nabrudził. Nie mam nic przeciwko psom, kocham zwierzęta ale jak idę ulica i widzę co się dzieje to mnie szewska pasja zalewa i mam Ochotę krzyczeć na całe gardło do tych wszystkich tak kochających zwierzęta aby się opamiętali. W całym mieście stoją kosze na psie odchody tylko dlaczego nikt z nich nie korzysta, dlaczego idąc parkiem widzę jak piesek na smyczy sra tuż obok takiego kosza a pani, właścicielka odwraca głowę jakby nie widziała.... dlaczego jak do niej podchodzę i zwracam jej uwagę, że powinna posprzątać to patrzy na mnie jak na Marsjankę i nawet nie zamierza nic z tym zrobić. często jeszcze słyszę, że co mnie to do cholery obchodzi żebym zajęła się własną dupą a od nich się odpieprzyła. No ale do tego parku chodzę z dziećmi, które uwielbiają biegać i jak mam im pozwolić biegać skoro całe połacie trawy zasłane są psimi odchodami.
Nie pojmuję tego, jak można tak postępować, odwracać głowę, ale zauważyłam, że taka jest mentalność Polaków, my dbamy tylko o swoje a jak coś jest wspólne, państwowe to juzż nie nalezy o to dbać i można niszczyć i zaśmiecać do woli.......................
Nie pojmuję tego, jak można tak postępować, odwracać głowę, ale zauważyłam, że taka jest mentalność Polaków, my dbamy tylko o swoje a jak coś jest wspólne, państwowe to juzż nie nalezy o to dbać i można niszczyć i zaśmiecać do woli.......................
Z synem rozmowy...
Z racji jego wieku za dużo pogadać nie możemy, ale jak już mu się język rozwiąże to sypie tekstami jak z rękawa. Choć ma tylko trzydzieści jeden miesięcy język ma niewyparzony i tą cechę bez sprzecznie odziedziczył po matce. Młody uwielbia dwa słowa dupa i morda i wszystko jest okraszone tymi właśnie wyrazami. Dziś siedzi młody z matka w pokoju, przygląda się jak matka składa ciuchy i widać jak nad czymś intensywnie myśli, na czole pojawiają się kropelki potu, wysiłek maluje się na twarzy, milczy i milczy intensywnie wpatrując się w pracująca matkę
Ale z ciebie dupa!
Pada nagle z usteczek maleńkich, matka w szoku wielkim z lekka zamroczona uwagą dziecka nie dała się wytrącić z uwagi i mówi do dziecka, że nie ładnie tak mówić, że to brzydkie słowo......
dziecko patrzy i patrzy, czoło pociera i widać już ten grymas co to po matce odziedziczył, już matka wie, że dziecko jeszcze nie skończyło, że ma jeszcze coś do powiedzenia i jeszcze matce dołoży. I się matka nie pomyliła syn powietrze wciągnął, minę marsową zrobił i zapodał
Ale z ciebie duża dupa!
No to chyba faktycznie wreszcie przejdę na ta dietę, co tak od dawna odkładam!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
